Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/275

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pożegnał ją z przesadnym szacunkiem przed samą bramą, i mówił, że musi biedź do matki, aby się przekonać o jej chorobie.
Skoro tylko Janka weszła do domu, zawrócił ku teatrowi i spotkawszy Sowińską, mówił z nią coś długo i tajemniczo. Stara spoglądała na niego drwiąco i obiecała swoje poparcie.
Władek pobiegł spiesznie do Krzykiewicza na karty, gdyż urządzali sobie często takie kolejne, karciane wieczory, na które gęsto uczęszczali znajomi z publiczności.
Janka, przyszedłszy do swojego pokoju, wstawiła kwiaty w wodę i idąc spać, spojrzała raz jeszcze na róże i szepnęła miękko:
— Poczciwy!


VIII.


— Proszę pani, okólnik! — wołał Wicek.
— Co tam nowego?...
— Czytanie tej nowej sztuki, czy coś tam takiego!... — odrzekł, myszkując oczyma po pokoju.
Janka podpisała się na okólniku, w którym reżyser zwoływał całe towarzystwo na godzinę dwunastą w południe, na czytanie sztuki Głogowskiego, p. t. „Chamy“.
— Fajn bukiet! — zawołał Wicek, oglądając kwiaty w wazoniku. — Możnaby jeszcze stopić...
— Mów-no po ludzku! — rzekła Janka, oddając mu podpisany okólnik.