Strona:PL Władysław Orkan-Miłość pasterska 116.jpeg

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Puść mnie! — zawołała.
Coraz to większa rozpacz owładała nią.
Ujął jej dłoń i począł z tkliwością przepraszać.
— Daruj mi, bo ja nie wiem sam, co mnie nadeszło.
Przecieżem z taką chęcią dążył na te bory!
Z taką uciechą wielką, jak do raju...
Ale gdym ujrzał przy tobie ten łeb wyświecony...
Daruj mi, bo ja ciebie tak bardzo miłuję,
że nie zdołam letko przenieść,
aby taki wół wierutny
śmiał o tobie przez moment inaczej pomyśleć,
niż jako o wielkiej pani, która patrzy z chmur.
Bo wierzaj mi, chciałbych cię tak wysoko stawić,
iżby ludzie, patrząc na cię,
mrużyli oczy podobnie, jak w obliczu gwiazd.
Hanuś, dziecino moja, ustanów sie w żalu
i nie płacz, bo mi serce doznaku popęka...

Prosił i błagał, nie wiedział już wreszcie,
jakiemi słowy mówić, by ją ulegować.
Przyciskał jej dłoń do piersi,
a z taką czułością,
jakby żywego ptaszka dzierżył w ręce.
I jakby ptaszę, któremu serce bije z trwogi,
drżała jej drobna dłoń przy jego piersi.

Ucichła i otarła łzy przyschłe na licach.
Ale jeszcze zapaskę, trzymała przy oczach