Strona:PL Władysław Orkan-Miłość pasterska 110.jpeg

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Skrzypce zajęczały.
A on się zrywał: »Tato! Tato! kolędnicy przyszli«...
I z drżeniem biegł do okna patrzeć na te cuda.
Były to czasy dużej szczęśliwości...

A raz, pamięta, zbudziły go krzyki:
»Pali sie! pali!« Wyskoczył na pole.
Tłumy ludzi, wieś cała biegła na wierch Gronia.
Pobiegł i on. A lecąc dygotał jak w febrze.
Palił się las. Przeraźny widok był, bo zblizka.
Morze płomieni szło uboczą,
a dymy, jak chmury ciężkie,
wisiały nad ogniem.
Ktoś przyniósł skrzypce — grali —
tańczyli przy świetle.

I odtąd, ile razy usłyszy płacz skrzypiec,
Drżenie wraca, jak odgłos potrąconych strun.
— Bo też ino nasze skrzypce tak umieją płakać.
Jest w nich czar, który pada urokiem na duszę.
— O, jak płacze, jak się żali, jak się skarży głośno!

Nietylko słyszy, ale widzi tę muzykę zdala.
Idzie, idzie po ugorach, ręce załamała,
włosy rozpuściła na wiatr, i zawodzi w płaczu,
lamentuje, jak zdradzona płanetnica leśna.
A serce człeku rwie się za nią;
trzepoce, jak ptak schwycony,
bije skrzydłami i krwawi
zasklepioną pierś.