Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

— Gdybyśmy byli zmuszeni maszerować po tym gruncie, znaleźlibyśmy się w kraju bardzo niezdrowym; połowa naszych zwierząt roboczych zdechłaby już z wycieńczenia. Od czasu wyjazdu z Zanzibaru, wyglądalibyśmy jak cienie, nadto wciąż bylibyśmy narażeni na brutalność ze strony przewodników i tragarzy. We dnie wilgoć i duszący upał, w nocy chłód nie do zniesienia i kąsanie much, których żądła przecinają najgęstsze płótno i doprowadzają do szaleństwa najcierpliwszego człowieka. Cóż dopiero, wspominać o dzikich zwierzętach i dzikszych jeszcze plemionach!
— Nie próbowałbym — odpowiedział krótko Joe.
— Nie przesadzam — mówił dalej doktór, a gdybym wam opowiedział przygody podróżnych, którzy byli na tyle śmieli i odważyli się zapuścić w te okolice, stanęły by wam łzy w oczach.
Około godziny 11-ej podróżni nasi przejechali kotlinę Ymendsche; rozproszeni na pagórku tuziemcy grozili daremnie „Victorji“, która wznosiła się coraz wyżej i nakoniec dotarła do Rudeho, tworzącego trzeci najwyższy łańcuch gór Usagara.

— Baczność! — zawołał Fergusson, zbliżamy się do Rubeho, którego nazwa u tuziemców