Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

czenie życiowe, połączone z różowem sposobem patrzenia na rzeczy; wszystko było dlań logicznem, naturalnem, łatwem, i skutkiem tego skargi i przekleństwa znał ledwie z nazwy. Pośród innych zalet był dalekowidzem. Zaufanie, które pokładał w swoim panu, było źródłem sprzeczek pomiędzy nim a Kennedym, jeden wierzył, — drugi wątpił.
Doktór wobec tych sprzeczek pozostawał neutralnym, nie słuchając rad ani jednego ani drugiego.
— A zatem panie Kennedy? — zagaił Joe pewnego dnia rozmowę.
— Czego chcesz, mój chłopcze?
— Zbliża się chwila, sądzę, że wkrótce wyruszymy na księżyc.
— Chcesz zapewne powiedzieć do lądów księżycowych, nie wybieramy się tam wprawdzie, ale pomimo to niebezpieczeństwo pozostaje niemałe!
— Niebezpieczeństwo? — o niebezpieczeństwie mówić nie można, jeżeli się ma z takim człowiekiem do czynienia, jak doktór Fergusson.

— Nie chcę cię wprawdzie pozbawiać tego miłego złudzenia, mój kochany Joe, ale przedsięwzięcie doktora jest poprostu szaleństwem. Zresztą podróż ta nie przyjdzie do skutku.