Joe i Kennedy zabrali się bezzwłocznie do dzieła i wkrótce nagromadzili duży stóg trawy obok boababu. Nie wiele czasu było potrzeba do tego, aby nadąć balon za pomocą ogrzanego powietrza.
Ogień utrzymywano starannie, dzięki obfitości trawy i „Victorja“ zaczęła stopniowo nabierać poprzedniego wyglądu.
Była wówczas godzina 12 minut 45.
W tej chwili ukazała się w odległości 2-ch mil na południu banda talibasów, słyszano wyraźnie ich krzyki.
— Za 20 minut będą tutaj! — rzekł Kennedy.
— Trawy! trawy! Za 10 minut będziemy wysoko w powietrzu!
Joe szybko dostarczył więcej paliwa.
„Victorja“ w ⅔ częściach była nadęta.
— A teraz umieśćmy się tak samo jak poprzednio.
Po upływie 10 minut kilka wstrząśnień zwiastowało, iż balon zamierza wznieść się.
Talibasi zbliżali się, oddaleni byli zaledwie o 500 kroków.
— Trzymajcie się dobrze! — wołał Fergusson.
— Nie obawiaj się, panie doktorze!
Balon był gotów do drogi, wzniósł się niebawem.
Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/307
Wygląd
Ta strona została przepisana.