Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/304

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

„Victorja“ znowuż się wzniosła, skacząc, jak wielka elastyczna piłka, odskakująca od ziemi.
Oryginalny był widok, jak nasi nieszczęśliwi podróżni w olbrzymich skokach powietrznych usiłowali uciec, ale położenie to miało się wkrótce skończyć. Była godzina 12-a, „Victorja“ słabła, opróżniała się coraz bardziej, przybierała coraz więcej kształt flaszki.
— Niebo nas opuszcza! — rzekł Kennedy, zginiemy!
Joe milcząco spoglądał na swego pana.
— Nie! — rzekł tenże z naciskiem, mamy jeszcze 150 funtów do wyrzucenia.
— A mianowicie? — pytał Kennedy, patrząc z niedowierzaniem na doktora.
— Łódź — odpowiedział doktór spokojnie. Zawiesimy się w sieci, trzymając się sznurów, w ten sposób dotrzemy do rzeki. Prędko! prędko!
I odważni ci ludzie nie zwlekali z użyciem tego środka ocalenia. Joe trzymał się jedną ręką sieci, a drugą przeciął liny łodzi, która padła w tej samej chwili, kiedy balon ostatecznie spaść zamierzał.
Talibasi pognali konie, biegły one w pełnym galopie, ale „Victorja“, która znalazła teraz silniejszy prąd wiatru, uciekła przed nimi