Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/300

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

swych rączych koniach, galopowali w kierunku „Victorji“, sunącej z nadzwyczajną szybkością.
Ujrzawszy podróżnych, jeźdźcy wydali przeraźliwy okrzyk i chwycili za broń, można było spostrzedz gniew i groźbę na ich opalonych, dzikich twarzach.
— To są okrutni talibasi — rzekł doktór, wolałbym być w lesie otoczonym przez dzikie zwierzęta, niż wpaść w ręce tych bandytów.
— W samej rzeczy nie budzą dni zaufania — dodał Joe, są to silne łotry.
— Patrzcie na te zburzone wsie, spalone chaty, — mówił dalej doktór, to ich dzieło, tam, gdzie kiedyś były urodzajne pola, teraz jest pustka.
— Dobrze, że nas dosięgnąć nie mogą — powiedział Kennedy, jeśli nam się uda wrócić po nad rzekę, będziemy zupełnie bezpieczni.
— Tak jest, Dicku, ale nie wolno nam spadać — rzekł doktór, spoglądając na barometr.
— Na wszelki wypadek, zrobimy dobrze jeżeli broń naszą przygotujemy — powiedział Kennedy.
— To nigdy nie szkodzi, panie Dicku.
— Na jakiej znajdujemy się teraz wysokości? — pytał Kennedy.