ści, zmniejszając w ten sposób ciężar o swoją wagę.
Gdy balon przedostał się na drugą stronę i przed Joem ukazała się przepaść, wdrapał się zręcznie po linie i powrócił znów do łodzi.
— Kochany Joe! drogi przyjacielu! — mówił czule doń doktór.
— To, co obecnie uczyniłem, nie było dla pana, ale dla broni pana Kennedy’ego. Od czasu zajścia z arabem byłem jego dłużnikiem, a ja zwykłem płacić długi; teraz jesteśmy skwitowani. Rzekłszy to, wręczył strzelcowi jego broń ulubioną.
Kennedy uścisnął dłoń Joe’go, nie wymówiwszy przytem słowa.
Trzeba było, aby „Victorja“ teraz wciąż spadała, co nie było trudnem, spadła niebawem na 200 stóp od ziemi i kołysała się, zachowując równowagę.
— Poszukamy odpowiedniego miejsca na na noc — rzekł doktór.
— Ach! więc nareszcie się zdecydowałeś? — zapytał Kennedy.
— Tak, długo myślałem nad pewnym planem, który obecnie w czyn wprowadzę.
— Szósta godzina, mamy zatem jeszcze dosyć czasu. Joe wyrzuć kotwice.
Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/292
Wygląd
Ta strona została przepisana.