— To Kabra! — zawołał radośnie doktór, port Timbuktu, miasto znajduje się w odległości 5 mil ztąd.
W samej rzeczy po upływie dwóch godzin roztoczyła się przed oczyma naszych podróżnych, królowa pustyni, tajemnicze Timbuktu.
Przy przesuwaniu się „Victorji“ powstał w mieście ruch niezwykły, uderzono w bębny, ale zanim jakiś miejscowy uczony mógł objaśnić cudowne zjawisko, balon, gnany silnym wiatrem, zniknął i znalazł się znów po nad rzeką.
— A zatem — rzekł doktór, niechaj nas niebiosa prowadzą, dokąd zechcą!
— Aby tylko na zachód — dodał Kennedy.
— Gdyby nawet szło o to — odezwał się Joe, abyśmy wrócili tą samą drogą do Zanzibaru i przejechali Ocean aż do Ameryki, wcale bym się tego nie obawiał.
— Ale tego nie będziemy mogli dokonać.
— Dla czego?
— Nie starczyło by nam gazu, mój chłopcze; poruszająca siła balonu widocznie się zmniejsza, będziemy musieli bardzo go oszczędzać, aby „Victorja“ doniosła nas do wybrzeża. Będziemy nawet zmuszeni wyrzucić jeszcze sporo balastu.
Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/280
Wygląd
Ta strona została przepisana.