Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/265

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

— Za pomocą strzału zwrócę jego uwagę.
— Nie, tego nie trzeba robić, gdyż on nie może zawrócić, jest zupełnie odciętym.
— Cóż robić?
— Czekać!
— Czekać do chwili, gdy arabi go pochwycą?
— My ich uprzedzimy. Teraz jesteśmy od niego oddaleni zaledwie o 2 mile i, gdy tylko koń Joe’go wytrzyma!...
— Wielki Boże! — krzyknął Kennedy.
— Co się stało?
Kennedy wydał okrzyk przerażenia, gdy ujrzał, jak Joe spadł na ziemię; koń jego padł widocznie znużony i zupełnie wyczerpany.
— On nas widział! — zawołał doktór radośnie; gdy znów powstał i dosiadł konia, dawał nam znaki.
— Ale arabi go dościgną! dla czego czekać?
Ach, ten odważny chłopiec, hura! — wykrzyknął strzelec, który nie mógł już opanować swej radości.
Joe natychmiast po upadku, znowuż powstał, a gdy potem doścignął go jeden z jeźdźców, jednym skokiem w stronę, usunął mu się i, jak pantera podskoczył, chwycił araba za gardło i udusił. Rzuciwszy trupa na ziemię, znowu począł pędzić dalej.