— Niechaj będą, kim chcą, nie mamy się czego obawiać, a w razie potrzeby wzniosę się wyżej.
— Czekaj Samuelu! czekaj! To dziwne — dodał po chwili, ci arabowie mają wygląd jakby ścigali kogo.
— Czy jesteś tego pewny?
— Tak, nie mylę się, polują i to na człowieka. Jeden oddalony o 100 kroków, nie jest przywódcą, lecz zbiegiem.
— Zbiegiem — powtórzył Samuel, nie traćmy go z oczu, ale chwilę jeszcze czekajmy.
— Samuelu! Samuelu! — zawołał po chwili wzruszonym głosem.
— Co takiego?
— Czy to złudzenie optyczne? czy to możliwe? To on, Samuelu, to on!
— On! — zawołał, także Fergusson.
On! to słowo wystarczyło, nie potrzeba było wymieniać imienia.
— On jest na koniu, zaledwie o 100 kroków od swych prześladowców! Ucieka!
— W istocie, to Joe — rzekł doktór, blednąc.
— W ucieczce nie może nas zauważyć!
— Wkrótce spostrzeże — dodał Fergusson.
— Jakim sposobem?
— Za pięć minut znajdziemy się o 15 stóp od ziemi, po nad nim.
Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/264
Wygląd
Ta strona została przepisana.