Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

„Victorja“, oddalona od niego zaledwie o 100 stóp.
W obecnej chwili było niemożebnem, aby z balonu go ujrzano, albo usłyszano.
Łza stoczyła mu się z oczu, ale nie rozpaczy, lecz wdzięczności. Pan jego poszukiwał go! pan jego, nie chciał go porzucić! Biedny chłopiec musiał teraz oczekiwać odejścia czarnych, aby módz wyjść z ukrycia i pobiedz na brzeg Tschadu. „Victorja“ w tej chwili znikła z horyzontu. Joe postanowił na nią oczekiwać; niewątpliwie znowu powróci. W istocie balon ponownie się ukazał, ale ze strony więcej na wschód. Joe biegł i krzyczał... ale daremnie. Silny wiatr unosił szybko balon.
Po raz pierwszy opuściły nieszczęśliwego energją i nadzieja, uważał się za straconego; nie miał już odwagi rozmyślać nad swem położeniem, nad środkami ocalenia.
Szedł dalej przez dzień cały, a nawet i część nocy, pomimo, że nogi jego broczyły we krwi, a ciało okryte było ranami. Oczekiwał chwili, gdy siły jego doszczętnie się wyczerpią i męki zakończą się śmiercią. Noc była ciemna, posuwał się zwolna coraz dalej, gdy nagle uczuł, że grunt zaczyna się chwiać pod nim, były to duże bagna, w które się zanurzył. Pomimo wszelkich usiłowań, zapadał się coraz głębiej.