prąd gna go w kierunku północnego brzegu Tschadu. Około godziny 2-ej nad ranem, natrafił na drzewo, które mu ofiarowało na swych gałęziach schronienie. Joe wdrapał się na nie i oczekiwał tam światła dziennego.
Gdy zaświtało, zaczął się przyglądać drzewu, na którem przesiedział i niezwykły widok napełnił go strachem.
Gałęzie były pokryte wężami i kameleonomi; można było mniemać, że jest to oryginalne drzewo, które zamiast owoców, rodzi te osobliwe gady.
Przy pierwszych promieniach słońca, zaczęły się te płazy ruszać, Joe przy towarzyszeniu syku i świstu szybko zesunął się na dół.
Skutkiem tej nocnej przygody, postanowił odtąd ostrożniej postępować. Udał się w kierunku północno-wschodnim, omijając chaty, domy, doły i w ogóle wszystko, gdzieby mógł natrafić na ludzi.
Często zwracał wzrok w górę, wciąż spodziewał się ujrzeć „Victorję“ i, chociaż upatrywał balonu przez dzień cały deremnie, nie tracił wiary w Fergussona. Potrzeba było silnej woli, ażeby znieść ze spokojem położenie, w jakiem się znajdował. Głód coraz bardziej
Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/257
Wygląd
Ta strona została przepisana.