— Ja także! Teraz Dicku możesz polować w okolicy, nie oddalając się zbytnio, trzeba koniecznie zgromadzić zapasy żywności.
— Dobrze, pójdę i nie długo powrócę.
Liczne strzały, dolatujące niebawem do uszu doktora, stwierdzały, że polowanie będzie uwieńczone pomyślnym rezultatem.
Doktór zajął się teraz sprawdzeniem przedmiotów znajdujących się w łodzi i przywróceniem równowagi drugiego balonu, na czem zeszedł mu dzień cały. Kennedy’emu polowanie się powiodło, przyniósł moc gęsi, dzikich kaczek, bekasów i t. p. i wziął się zaraz do wędzenia dziczy.
Nastał wieczór. Po spożyciu wieczerzy, złożonej z pemikanu i sucharów oraz wypiciu herbaty, ułożyli się na przemian do snu. Podczas czuwania każdemu się zdawało, że słyszy głos Joe’go.
O świcie doktór obudził Kenned’ego.
— Długo rozmyślałem nad tem, co mamy czynić, aby odszukać naszego towarzysza.
— Zgadzam się na wszystko, coś postanowił, powiedz więc...
— Przedewszystkiem powinien Joe otrzymać wiadomość od nas.
— To się rozumie, mógłby pomyśleć, żeśmy go opuścili...