Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

tu bujne lasy akacjowe, rośliny głowiaste, bawełna i pola indigo. Rzeka Shari, wpadająca do Tschadu, rozlewała tutaj swe wody.
Kilka czółen pływało po rzece; „Victorja“, 1,000 stóp oddalona od ziemi, nie zwracała uwagi tuziemców. Wiatr dotąd silny, uśmierzył się.
— Czybyśmy mieli raz jeszcze być narażeni na brak wiatru? — zapytał doktór.
— Nic by to nie szkodziło, panie Fergusson, niebrak nam wody i nie mamy czego obawiać się pustyni.
— Tak, ale za to dzikich plemion.
— Tam, unosi się coś podobnego do miasta, meldował Joe.
— To Kernak. Ostatni powiew wiatru doprowadzi nas tam i będziemy mogli dokonać ścisłego zdjęcia miasta.
— Czy nie możnaby się zbliżyć jeszcze więcej? — pytał Kennedy.
— Nic łatwiejszego nad to. Znajdujemy się prawie po nad miastem, zakręcę kurek dmuchawki i niebawem spuścimy się.
„Victorja“ po upływie pół godziny zawisła na wysokości 200 stóp po nad ziemią. Można teraz było wyraźnie przyjrzeć się stolicy Loggum, było to istotnie miasto z szeregiem domów i dość szerokich ulic. Na jednem z placów odbywał się właśnie targ niewolników.