W tej chwili wjeżdżał tryumfalne do miasta szeik z konną eskortą, odzianą w różnokolorowe szaty, trębacze i laufry odsuwali gałęzie, robiąc przejście pochodowi. Doktór spuścił balon, by przyjrzeć się zbliska tuziemcom. Ale ci, ujrzawszy „Victorję“, zaczęli w przestrachu uciekać. Tylko jeden szeik nie ruszył się z miejsca, nabił strzelbę i czekał.
Doktór zbliżył się doń na 150 stóp i przemówił, witając go w języku arabskim. Gdy do uszu szeika doszły te słowa, jakby z nieba pochodzące, padł na ziemię i doktorowi trudno było wyperswadować mu, ażeby powstał.
— Leży w naturze rzeczy — rzekł Fergusson, że ci ludzie uważają nas za nadziemskie istoty.
— Z cywilizacyjnego punktu widzenia — zauważył Dick, byłoby lepiej, gdybyśmy uchodzili za ludzi zwykłych, gdyż negrzy łatwiej by przyswoili sobie pojęcie o potędze europejczyków.
— Masz słuszność, ale cóż na to poradzić. Choćbyś nie wiem jak tłumaczył mechanizm statku powietrznego, słowa twoje będą niezrozumiane i, gdy zobaczą ludzi w balonie, zawsze ich uważać będą za nadziemskie istoty.
Mosfeja dawno już znikła z horyzontu i oczom podróżnych przedstawiła się teraz Mandara ze swoją zadziwiającą roślinnością. Ukazywały się
Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/225
Wygląd
Ta strona została przepisana.