Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Lecz tu napotkał nową niespodziankę, olbrzymie jakieś ciało zamykało wyjście; Joe, który szedł za strzelcem musiał wraz z nim się zatrzymać.
— Jesteśmy zamknięci!
— To niemożebne! Co to być może?
W tej chwili rozległ się straszny ryk, zwiastujący nowego nieprzyjaciela.
— Drugi lew! — wołał Joe.
— To lwica! Czekaj, ty przeklęta bestjo! czekaj! Strzelec w mgnieniu oka nabił karabin i strzelił, ale zwierzę znikło.
— Naprzód! — zawołał Kennedy.
Panie Dicku, nie zabiłeś zwierzęcia, inaczej ciało by tu się stoczyło. Jestem przekonany, że bestja znajduje się na zewnątrz, gotując się do skoku, i kto pierwszy z nas się ukaże, będzie zgubiony.
— Lecz co robić? Wyjść przecież musimy, Samuel na nas tam czeka.
— Trzeba nam zwabić zwierzę, weź pan moją flintę, a daj mi karabin.
— Co zamyślasz uczynić?
— Zaraz pan zobaczysz...
Joe zdjął swój płócienny surdut, przymocował do karabinu i ustawił jako przynętę przed wejściem do źródła.
Zwierzę rzuciło się nań natychmiast.