Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

płakał również, oddal nieszczęśliwemu flaszkę z ostatniemi kroplami wody.
— Dziękuję — wyszeptał Kennedy, ale Joe nie słyszał go i padł wraz z nim na piasek.
Nareszcie przeszła ta straszna noc, a gdy zajaśniał ranek, nieszczęśliwi czuli, jak usychały ich członki pod palącymi promieniami.
Joe usiłował się podnieść, lecz było to niemożliwem, nie mógł też wykonać swego planu.
Gdy spojrzał w górę ujrzał Fergussona ze skrzyżowanemi na piersiach rękoma, spoglądającego wzrokiem szaleńca w jeden punkt. Kennedy znajdował się w stanie budzącym trwogę, poruszał głową w rozmaite strony, jak dzikie zwierzę zamknięte w klatce.
Nagle ujrzał swą strzelbę, leżącą w łodzi.
— O! zawołał z nadludzką siłą, podnosząc się. Pochwycił broń i skierował ją w usta.
— Panie! panie! — zawołał Joe i rzucił się na strzelca, aby przeszkodzić samobójstwu.
— Puść mnie, puść! — wołał szkot.
Idź precz, bo cię zastrzelę! Ale Joe przyczepił się do niego i tak tarzali się przez minutę. W tem padł strzał. Fergusson podskoczył w górę jak widmo i zaczął się rozglądać. W jednej chwili wzrok jego się ożywił, ręką