Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.
ROZDZIAŁ XXVI.


O świcie Fergusson spojrzał na barometr, nie uległ żadnej zmianie.
Nic, mówił do siebie, nic. Wyszedł z łodzi i rozglądał się: wciąż ten sam upał, ta sama jasność. Niebiosa są nieubłagane.
Joe milczał, pogrążył się w myślach, rozważając ciągle swój plan wędrówki.
Kennedy, powstawszy ze swego łoża, czuł się bardzo chorym, nerwy jego były wstrząśnięte i doznawał strasznych mąk pragnienia.
Wprawdzie było jeszcze parę kropel wody, a choć wszyscy o tem wiedzieli i każdy pragnął je wypić, jednakże nikt nie miał odwagi