— O, gdyby się tylko wiatr pojawił — wołał Joe, gdybyśmy mogli dostać się do jakiego stawu lub źródła, niczego nam więcej nie potrzeba. Żywności mamy dosyć na cały miesiąc, chodzi tylko o zaspokojenie pragnienia.
Nie tylko pragnienie, ale bezustanne przyglądanie się pustyni męczyło umysł; ani pagórka, ani kamienia, na którym wzrok mógłby spocząć na chwilę. Wiecznie niezmienny błękit nieba i niezmierzona przestrzeń żółtego piasku działały przygnębiająco. Nieszczęśliwi, którym brak było wody przy takim upale, poczęli uczuwać objawy pomięszania zmysłów. Źrenice ich powiększyły się, a wzrok stawał się ponurym.
Gdy noc nastała postanowił doktór celem przerwania apatji odbyć dłuższą wycieczkę po piaszczystej przestrzeni, nie dla robienia poszukiwań, lecz, aby przejść się.
— Chodźcie, — rzekł do towarzyszy, ruch nam dobrze zrobi!
— To niemożliwe — odparł Kennedy, nie mógłbym kroku zrobić.
— Ja wolę spać — rzekł Joe.
Ponieważ doktór przekonał się, iż nie skłoni towarzyszy, aby z nim poszli, sam puścił się w drogę.