— Palmy! — zawołał Fergusson, a więc tam musi być źródło, studnia!
Wziął lunetę celem przekonania się, czy Joe mówił prawdę.
— Nakoniec woda! woda! — zawołał, jesteśmy ocaleni, osiągniemy zamierzonego celu!..
— A teraz, panie doktorze, czyby nie było właściwem napić się? Umieram z pragnienia.
— Tak, mój chłopcze, pijmy!
Nikt nie dał się prosić i wypito całą kwartę.
— Ach, jak ta woda dobrze robi — mówił z zadowoleniem Joe, nawet najlepszy porter nigdy mi tak nie smakował.
O godzinie 6-ej unosiła się „Victorja“ po nad drzewami palmowemi, były to dwa wyschnięte szkielety drzewne bez liści. Fergusson, ujrzawszy te drzewa, przestraszył się. Pod nimi zauważono miejsce przysypane kamieniami, gdzie niegdyś była studnia, ale obecnie ani kropli wody. Serce doktora ścisnęło się na ten widok. Chciał on właśnie oznajmić swe obawy towarzyszom, gdy uwagę jego zwróciły głośne okrzyki tychże. Niedaleko na zachodzie zauważono rozrzucone członki ludzkie; szkielety otaczały źródło, widocznie do tego miejsca doszła karawana; słabsi padli na piasku, silniejsi, doszedłszy do upragnionej studni, znaleźli tu swą śmierć.
Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/197
Wygląd
Ta strona została przepisana.