cym szczepem zostało rozbite, a jego pozostawiono na pobojowisku w mniemaniu, że wyzionął ducha.
Zamiast jednak powrócić tam, zkąd przyszedł, prowadził dalej swą pielgrzymkę. Najspokojniejsze czasy, jakie przeżył były te, kiedy uważano go za idjotę; przyswoił sobie narzecza tych okolic i nieprzestawał nawracać.
W ten sposób przebiegał jeszcze przez dwa lata barbarzyńskie kraje, gnany nadludzką siłą, której tylko Bóg użyczyć może.
Od roku przebywał wśród „Barafri“, jednego z najdzikszych plemion Afryki.
Przywódca tego plemienia zmarł przed paru dniami, a ponieważ misjonarza obwiniono o przyczynienie się do jego śmierci, postanowiono go zgładzić. Męczarnie jego trwały od 40 godzin, miał on umrzeć, jak słusznie przypuszczał doktór, następnego południa. Gdy usłyszał odgłosy strzałów odezwała się w nim chęć do życia. Na pomoc, na pomoc, wołał on i mniemał, że śni, gdy usłyszał z niebios pochodzące słowa pociechy.
— Nie żałuję ulatującego życia — dodał on, jest ono własnością Boga.
— Miej pan nadzieję — pocieszał go doktór, ocalimy cię od śmierci, tak samo, jak ocaliliśmy od męczarni.
Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/177
Wygląd
Ta strona została przepisana.