Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Fergusson był zdania, że potrzeba go zostawić obecnie w zupełnym spokoju, zasunął firanki namiotu i objął znowu ster balonu.
O świcie prąd unosił balon w kierunku zachodnim i północno-zachodnim.
Fergusson obserwował przez chwilę niespokojny sen chorego.
— O! gdybyśmy mogli utrzymać przy życiu tego towarzysza, którego nam niebiosa zesłały! — rzekł strzelec. Czy masz nadzieję?
— Tak, Dicku!
Około wieczora „Victorja“ zatrzymała się, a Joe i Kennedy zmieniali się przy chorym, podczas gdy Fergusson czuwał nad bezpieczeństwem balonu. Następnego ranka „Victorja” posunęła się w kierunku zachodu, zdawało się, iż dzień będzie pogodny.
Misjonarz przywołał swoich nowych przyjaciół nieco silniejszym głosem. Rozsunięto zasłony i chory z zadowoleniem wciągał w siebie świeże, poranne powietrze.
— Jak się pan czujesz? — pytał Fergusson.
— Być może, że lepiej — odpowiedział, ale was, moi przyjaciele dotąd widziałem tylko we śnie! Zaledwie mogę sobie zdać sprawę z tego, co zaszło! Kto wy jesteście, powiedźcie, abym was mógł wspominać w ostatniej mojej modlitwie.