Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

— Nic, tylko ten łajdak opuścił łódź — odpowiedział spokojnie Fergusson.
I Joe, szybko wychyliwszy się z łodzi, ujrzał jak dziki zataczał się, spadając na ziemię.
Doktór oddzielił teraz dwa druty elektryczne i znowu zapanowała poprzednia ciemność.
Była godzina 1-a po północy.
Francuz nareszcie przebudził się z omdlenia i otworzył oczy.
— Jesteś pan ocalony — rzekł do niego doktór.
— Ocalony? — odpowiedział po angielsku, uśmiechając się smutnie, ocalony od męczeńskiej śmierci. Dziękuję wam bracia. Dni moje, a nawet godziny są policzone. Rzekłszy to, popadł znów w omdlenie.
— Umiera! — zawołał Dick.
— Nie, nie, — odpowiedział Fergusson, nachylając się do chorego, ale jest bardzo chory, trzeba mu urządzić łoże w namiocie.
Urządzili łoże i ułożyli nieszczęśliwego, krwią zbroczonego. Całe ciało jego pokryte było ranami. Doktór przyrządził z chustki szarpie i położył na rany, obmywszy je poprzednio. Później przyniósł ze swej apteki wzmacniające lekarstwo i wlał parę kropel do ust księdza.
— Dziękuję, dziękuję, — mówił chory słabym głosem.