Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Wygolone miejsce okrągłe na jego głowie wskazywało tonsurę.
— To misjonarz, ksiądz! — zawołał Joe.
— Nieszczęśliwy! — powiedział strzelec.
— Ocalimy go, Dicku, ocalimy! — rzekł doktór.
Gdy negrzy zauważyli balon podobny do komety ze świecącym ogonem, powstał wśród nich straszny zamęt. Podczas gdy oni krzyczeli, więzień podniósł głowę, oczy jego błysnęły radością i, nie wiedząc jeszcze co się stało, wyciągnął obydwie swe dłonie ku zbawcom.
— Żyje, żyje! — zawołał Fergusson, Bogu niech będą dzięki! Dzicy są strasznie zatrwożeni. Ocalimy go! — jesteście gotowi przyjaciele?
— Tak.
— Joe zagaś dmuchawkę.
„Victorja“ zaczęła się opuszczać. Po upływie dziesięciu minut Fergusson puscił swoje światło, które do tego stopnia przestraszyło negrów, że ratowali się ucieczką. Doktór nie bez podstawy liczył na skuteczność fantastycznego ukazania się „Victorji“ i promieni rzucanych w nieprzejrzaną ciemność.
Łódź zbiżała się ku ziemi. W trakcie tego wrócili z krzykiem odważniejsi z czarnych, do-