— Kimbyś nie był, miej zaufanie, trzej przyjaciele są blisko ciebie!
Straszny rozległ się krzyk, który bezwątpienia zagłuszył odpowiedź więźnia.
— Duszą go, duszą!.. — wołał Kennedy. Nasze wmieszanie posłużyło tylko do skrócenia godzin męki! Musimy działać!
— Ale jak. Dicku? Co zamierzasz czynić w tej ciemności?
— O! gdyby już dniało! — wołał Joe.
— I cóż byłoby wówczas? — pytał doktór.
— Wówczas położenie wyjaśniło by się — odparł strzelec, zeszedłbym na ziemię i strzałami rozpędził tę zgraję.
— A ty, Joe cobyś zrobił? — pytał dalej Fergusson.
— Ja bym wskazał więźniowi, w którą stronę ma uciec.
— A w jaki sposób zniósłbyś się z nim?
— Za pomocą strzały, do której przyczepiłbym kartkę, lub głośno krzyknąłbym doń; negrzy przecież języka naszego nie rozumieją.
— Plany wasze są niewykonalne, moi przyjaciele, najtrudniej by było nieszczęśliwemu ratować się ucieczką, gdyby mu się nawet udało zmylić czujność swych katów. Plan twój, Dicku, wystąpienia z bronią palną, może by się i udał, ale gdyby się nie powiódł, tobyś przepadł i wów-
Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/166
Wygląd
Ta strona została przepisana.