— Barbarzyńcy! — zawołał Joe wzburzony. A gdy go tej nocy jeszcze zamordują?
— Słyszysz Samuelu, chwytając silnie za rękę doktora, a gdy go tej nocy jeszcze zamordują? — powtórzył Kennedy.
— To nieprawdopodobne, dzikie plemiona zabijają swych jeńców we dnie, potrzeba im bowiem do tej uroczystości światła dziennego.
— Skorzystajmy z nocy, ażeby się zbliżyć do nieszczęśliwego — rzekł szkot.
— Będę panu towarzyszył, panie Dicku.
— Nie, moi przyjaciele! Nie! plan ten przynosi zaszczyt waszej odwadze i sercu, ale możecie wszystkich nas zgubić, a tego nieszczęśliwego nie ocalicie.
— Dla czego? — pytał Kennedy. Dzicy są przestraszeni, rozproszeni, nie powrócą!
— Dicku, proszę cię, słuchaj mnie, działam we wspólnym interesie, gdybyś został napadnięty i wzięty do niewoli, wszystko byłoby stracone!
— Ale ten nieszczęśliwy czeka, spodziewa się i nie otrzymuje odpowiedzi; nikt mu na pomoc nie przychodzi. Musi myśleć, że uległ złudzeniu, że nie słyszał naszych strzałów...
— Można go uspokoić — odparł doktór; zrobił z rąk tubę i głośno krzyknął po francuzku:
Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/165
Wygląd
Ta strona została przepisana.