— Wolałbym nawet, żeby to byli ludzie — mówił Joe do siebie, gdyż niecierpię płazów.
— Szum wzmaga się — rzekł po paru chwilach Kennedy.
— Zdaje się, że włażą na drzewo.
— Czuwaj po tej, ja będę czuwał po tamtej stronie.
Siedzieli tak przez parę minut spokojnie, oczekując wypadków, nareszcie Joe szepnął do ucha Kennedemu:
— Negrzy!
W tej chwili doleciały do uszu podróżników parę półgłosem zamienionych słów. Joe trzymał strzelbę w pogotowiu.
— Poczekaj! — rozkazał Kennedy.
W istocie dzicy włazili na drzewo, zjawiali się z różnych stron i jak płazy czołgali się powoli, ale pewnie; obecność ich zwiastowały wyziewy ciała wysmarowanego wstrętnym olejem.
Niebawem Kennedy i Joe ujrzeli dwóch negrów szybko ku nim się zbliżających.
— Baczność! — dowodził Kennedy. Ognia!
Podwójny strzał padł, jak uderzenie piorunu i zgasł wśród okrzyku bólu. Po paru minutach cała zgraja znikła.
Wśród wrzawy, towarzyszącej ucieczce rozległ się dziwny, niezrozumiały obok głos ludzki,
Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/163
Wygląd
Ta strona została przepisana.