Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

— Cicho, — mówmy jak najciszej!
— Czy się co wydarzyło?
— Tak, trzeba zbudzić Joego.
Jak tylko się ten przebudził, strzelec opowiedział, co zauważył.
— Czy znowu te przeklęte małpy? — pytał Joe.
— Być może, na wszelki wypadek trzeba przedsięwziąć środki ostrożności.
— Joe, wraz zemną, proponował Kennedy, spuści się na dół po drabinie.
— Ja zaś podczas tego — dodał doktór, przygotuję wszystko, abyśmy łatwo mogli wznieść się w górę. Używajcie broni tylko w ostatecznym razie, bezcelowem jest zaznaczanie naszej obecności.
Dick i Joe spuścili się po drzewie i zajęli na gałęzi obronną pozycję.
Przez parę minut nic nie mówiąc, nasłuchiwali. Trzaskanie gałęzi przerywało jedynie ciszę nocną.
W tem Joe pochwycił rękę Kennedy’ego i zapytał:
— Czy pan słyszysz?
— Słyszę, zbliżają się!...
— A może to węże?
— Przypuszczam, że ludzie!