Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

W tej chwili właśnie rzucił się na jednego z rannych i silnem uderzeniem topora odrąbał mu rękę, poniósł ją do ust i zaczął zajadać.
— Ha! — zawołał Kennedy, obrzydliwa bestja, nie wytrzymam dłużej!
I wojownik, ugodzony strzałą strzelca w czoło, padł na ziemię.
Zdarzenie to wywołało wśród wojowników podziw i zdumienie; po kilku sekundach połowa walczących opuściła pole bitwy.
— Szukajmy wyżej prądu, który nas ztąd uniesie — rzekł doktór, widowisko to sprawia mi obrzydzenie.
„Victorja“ uniosła się, przeraźliwe krzyki hordy towarzyszyły jej jeszcze przez parę chwil, ale niebawem balon oddalił się od pobojowiska w kierunku południowym.
Ukazały się teraz liczne strumienie, płynące na wschód, niewątpliwie były to dopływy jeziora Nu, lub rzeki Gazelli, o której podróżnik Lejean głosił takie zadziwiające wieści.
Przy nastaniu nocy „Victorja“, przejechawszy 150 mil, zarzuciła kotwicę pod 27° długości i 4°20’ północnej szerokości.