Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Joe w tej chwili zauważył swym bystrym wzrokiem stado mięsożernych ptaków.
— Są to orły — objaśnił Kennedy. Pyszne ptaki, których szybkość lotu równa się naszemu.
— Niech nas Bóg strzeże przed ich napaścią — rzekł doktór, obawiać się ich trzeba więcej niż dzikich zwierząt i barbarzyńskich plemion!
— Eh, — ironicznie odezwał się strzelec, zaraz je wystrzałem rozegnam.
— Nie wątpię w celność twoich strzałów, lecz w tym wypadku wolałbym nie robić z nich użytku; osłona balonu nie wytrzymałaby uderzeń ich dziobów. Spodziewam się wszakże, że maszyna raczej odstręczy, niż pociągnie te straszne ptaki.
Była godzina 12-a, „Victorja” od pewnego czasu miarkowała swą szybkość i znajdowała się nie zbyt wysoko od ziemi. Nagle podróżni usłyszeli krzyki i gwizdanie, spojrzeli na dół i oczom ich przedstawiło się straszne widowisko. Dwa plemiona toczyły zawzięty bój; strzały biegły w różnych kierunkach. Zapalczywi wojownicy, których było przeszło 600 nie zauważyli „Victorji“. Większość we krwi brocząca przedstawiała obrzydliwy widok.