Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

— A z tego lasu powstała wieś — dadał Joe. Zdaje mi się, że rozpoznaję parę zdziwionych negrów.
— Jest to bardzo naturalne — objaśnił doktór, francuscy wieśniacy, ujrzawszy po raz pierwszy balon, strzelali doń, uważając go za zjawisko powietrzne, negrzy sudańscy mają więc zupełne prawo wyrażać swój podziw.
— Chciałbym z nich zażartować — powiedział Joe, podczas gdy „Victorja“ unosiła się na wysokości 100 stóp po nad wsią.
— Za pozwoleniem pańskiem, panie doktorze, rzuciłbym im pustą flaszkę, jeżeli się w drodze nie potłucze, będą ją czcili, jeżeli zaś ulegnie stłuczeniu, zrobią sobie z kawałków amulety.
Rzekłszy to, wyrzucił flaszkę, która rozleciała się w tysiące kawałków; tuziemcy wydali przeraźliwy okrzyk, rzucając się bezładnie do swoich namiotów.
Niebawem musiała „Victorja“ wznieść się wyżej, gdyż na drodze napotkano las z drzewami wysokości 300 stóp, rodzaj stuletnich bananów.
— Prześliczne drzewa! — zawołał Kennedy, nic piękniejszego nie widziałem. — Patrzaj, Samuelu!