Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Kennedy i Joe, zbudzeni łoskotem, znaleźli się zaraz przy doktorze.
— Czy spuszczamy się na dół? pytał Kennedy.
— Nie, balon nie utrzymał by się. Wzniesiemy się wyżej, zanim chmury te nie zamienią się w wodę i wiatr się nie zerwie.
Rzekłszy to, powiększył płomień w dmuchawce.
Burze w krajach podzwrotnikowych powstają bardzo szybko i są nader gwałtowne. Druga błyskawica rozerwała chmurę, po niej 20 innych następowały jedna po drugiej.
— Spóźniliśmy się i nasz balon napełniony zapalnym powietrzem, zmuszony jest przerzynać strefę ogniową.
— Ku ziemi! ku ziemi! — wołał Kennedy.
— Niebezpieczeństwo uderzenia piorunu będzie zawsze to samo i gałęzie drzew mogłyby rozerwać nasz statek.
— Wznieśmy się, panie Samuelu!
— Szybciej, szybciej!
Zerwał się niebawem wiatr z istotnie zatrważającą siłą, którą można obserwować tylko w tych krajach.

Doktór podtrzymywał płomień w dmuchawce, balon rozciągał się i unosił.