Przejdź do zawartości

Strona:PL Verne - Pięć tygodni na balonie.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

się przed skwarem letnim lamparty, hyeny i tygrysy.
— Co za przepyszny kraj do polowania, — wołał pełen zapału Kennedy. Strzał nie byłby daremny, wartoby może spróbować.
— Nie, mój kochany Dicku, zbliża się noc burzliwa, przyczem burze w tym kraju są straszne.
— Czy nie byłoby dobrze wobec tego spuścić się na ziemię? — zapytał Joe.
— Wolałbym raczej wznieść się wyżej, lecz obawiam się, że skutkiem skrzyżowania się prądów atmosferycznych, mogę być usunięty z obranej linji.
— Czy zamierzasz — pytał Kennedy, zmienić kierunek drogi?
— Jeżeli mi się uda, trzymać się będę o 7 — 8 stopni bliżej północy i spróbuję wznieść się do tej szerokości, na której znajdować się mają źródła Nilu.
— Patrz! — wołał Kennedy, przerywając towarzyszowi — patrz, jak ze stawów wyglądają konie rzeczne i owe krokodyle hałaśliwe, łaknące powietrza.

— Duszą się one prawie z upału — mniemał Joe. Ach, co wspaniała jazda! jak można spokojnie przyglądać się rozmaitym bestjom — panie Samuelu! — panie Kennedy! czy panowie