Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom IV.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

ny za łaskę cesarską. Za mną, szlachetni panowie!
Wsiadając na konia, nachylił się do ucha Hermana i szepnął.
— Jazygowie i nasi ludzie niech będą gotowi każdej chwili do walki. Ty podsuniesz się z moją jazdą pod obóz Wadomara i będziesz czekał na sygnał. Gdybym zadął w róg, wpadniesz główną ulicą pod sam namiot królewski. Czy rozumiesz mnie, stary!
— Rozumiem, panie — mruknął Herman. — Na wojnie nie można nigdy wiedzieć, kiedy i gdzie zdrada jadem swym bryźnie.
— Spraw się szybko i cicho...
— Stanie się podług rozkazu.

................

Przed namiotem króla Wadomara stały cztery wysokie krzesła z poręczami. Na jednem z nich, pokrytem suknem purpurowem, spoczywał władca Markomanów, mąż w sile wieku, z koroną na szyszaku, przyodziany w długą suknię, obramowaną kosztownem futrem; naprzeciw niego siedzieli trzej senatorowie rzymscy, wysłańcy Marka Aureliusza.
To grono dostojne otaczał obszerny wieniec, spleciony z naczelników poszczególnych plemion kwadyjskich i markomańskich. I książę Jazygów stawił się na wezwanie.
Kiedy się Serwiusz ze swoimi panami złączył z kołem, kończył właśnie senator Pizo przemowę w języku germańskim.