Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom IV.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Przebaczcie, panie — bełkotał Herman — tak to niespodziewanie przyszło...
— Osiwiałeś pod ich sztandarami, a nie wiesz, że oni posyłają dary tylko wtedy, kiedy nie mogą ich zastąpić mieczem kata. Silni — depcą bez litości, słabi, przerażeni — nadziewają na siebie skórę lisią i uśmiechają się słodko. Słyszał-żeś ty kiedy o poselstwach do zwyciężonych? Do ludów pokonanych idą liktorowie z wyostrzonemi toporami
— Przebaczcie, panie — prosił Herman.
Nie o nim myślał Serwiusz, gdy szydził z poselstwa imperatora. Mówiąc, spoglądał z pod czoła na panów.
Uśmiechnął się z zadowoleniem, bo spostrzegł, że jego zręczna gra zdejmowała z nich powoli czar imienia cesarskiego.
— O, głupi stary — powtórzył za nim Rudlib — Niepotrzebnie nas przeraziłeś. Nie zwyciężeni, lecz zwycięzcy rozdzielają łaski i przebaczenie. Zuchwały jest ten twój imperator.
— Na Rzym, na Rzym! — zawołali naczelnicy.
— Czy słyszycie? — mówił Serwiusz, podniósłszy głos. — Boski imperator, pan świata, obiecuje wam przebaczenie! Namyślcie się, rozważcie dobrze! Jeszcze czas..,
— Na Rzym, na Rzym! — odpowiedzieli naczelnicy.
— Więc dobrze, pójdziemy jutro do Rzymu; ale poprzednio rozmówię się sam z posłami tego mocarza, co grozi zwycięzcom palcem z bezpiecznego ukrycia. Te lisy mają gładkie języki. Potrafią wmówić w króla Wadomara, że powinien być wdzięcz-