Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom IV.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

ego znakami Dunaj, zostało tylko dziesięć. Resztę zabrały bitwy, porażenia słoneczne i przeprawa przez Alpy.
A jednak trzeba wyruszyć natychmiast w dalszą drogę, jeśli wojna nie ma spełznąć na niczem jak tyle poprzednich usiłowań, podjętych przez narody Europy, Azyi i Afryki.
— Pójdę! — mruknął Serwiusz do siebie. — Zaskoczę hydrę w jej norze złocistej, a potem...
Właśnie zbliżali się naczelnicy rodów, uzbrojeni jak do bitwy. Stawili się wszyscy, nie wyjąwszy Willibalda.
— Utworzyć koło! — rozkazał Serwiusz
Kiedy go panowie otoczyli, spojrzał po nich i zaczął:
— Wiadomo wam, szlachetni panowie, iż Burowie opuścili nocy dzisiejszej obóz, a Kwadowie oglądają się z tęsknotą na góry, które ich od ognisk domowych oddzielają. Dalekie pokolenia złorzeczyłyby nam, gdybyśmy teraz, kiedy nas bogowie widocznie umiłowali, nie pomścili krzywd stuletnich i zaniedbali korzyści z odniesionych zwycięztw. Cofnąć od granic Italii mogłaby nas tylko siła, a tej siły nie spotkaliśmy dotąd nigdzie.
Ustał, czekając na zaprzeczenie, a kiedy się nikt nie odezwał, mówił dalej:
— W tej chwili jest Rzym bezbronny. Zanim legiony afrykańskie i azyatyckie nadciągną, zmieni księżyc jeszcze kilka razy swoją postać, wojska zaś, rozstawione w Italii, wycieńczone przez głód i chorobę, porażone przestrachem, nie wytrzymają naszego uderzenia. Za miesiąc byłoby zapóźno. Par-