Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stała się w udziale uśmiechowi niż łzie, choć nie tak wielka i głęboka. – Przejście łzy do uśmiechu jest niezmiernie subtelne – i pajęczej wątłości, że trzeba się oń obawiać, jak o barwę skrzydełek motyla. – Boć radość jest matką boleści, a boleść radości matką!... Człowiek co przebolał, z człowiekiem co myśleć poczyna, mają się do siebie, jak pierwsza łza do ostatniego uśmiechu… Kiedyś w wiejskim kościółku unickim pewien kaznodzieja ludowy nazwał cierpienia talentami. Sam może nie miał świadomości, jak głęboką rzecz wyrzekł. – Rzekł to, rozwijając ludowi ewangelię o talentach rozmnożonych i zakopanych – i zaiste cierpienie jest wielkim talentem, co przynosi inne, bo cóż większego, jak umieć cierpieć?... co bardziej wznosi człowieka… a co go bardziej poniży, jeżeli ten talent zakopie łopatą samoluba i pójdzie dalej z uśmiechem zwierzęcym? Która wielka, twórcza dusza, była bez cierpienia, powątpiewań najstraszniejszych i najczarniejszych rozpaczy? – wolę ironią zgrzytającą człowieka, co się złamał w walce szlachetnej, niż bydlęcy uśmiech cynika, co dał prawo obywatelstwa namiętnościom i przeszedł do tej równowagi, której wiecznie szuka dusza poza ziemią… Nic bardziej rzewnego, jak uśmiech człowieka, który już ani jednej łzy nie ma: patrzcie na taki uśmiech boski na licu