Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/015

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na pielgrzymim kosturze czyny wymodlone
Wypala człowiek od dni swojego powicia….
A więc alpejska różę spotkaną po drodze,
Uwiązałem u rogu gemzy, co kij kończył,
I myślałem: „kto z różą te znaki połączył,
Wygrał – choć grożą gady uskrzydlonej no-
                                 dze…”
Taka różo, o Polko! to trofea życia!
Jako uśmiech Helleński w pośród walk po-
                                 życia!...
I tak myśląc się wdarłem na czub nagiej skały;
Ranne zorze już noc ze szat jej odzierały,
I na łachmany mgieł, co przetykane gwiazdami
Zdały się, przepaściom je rzucały, gdzie z dołu
Szarpały niemi wichry., co nie śpią, skrzydłami
Uderzając, jak orły dziejowe pospołu...
Ale noc jeszcze silna, podemną, nademną,
Zdawał się panować potężnie śród świata,
Jak koncesye robiący pół grzyb dyplomata,
Co spróchniałych rusztowań budowę daremną
Przebiegłością ochrania, myśląc, że ocali,
Dokąd mu gmach podając głowy nie przy-
                                 wali!...
W tej ciemności, co stała się już zbłękitniona,
Coraz mniej czarna, księżyc po nad gleczerami
Zawisł srebrny, jak hostia natury, blaskami
Jasnemi zlewał światłość na gór mgliste łona…
I był jako łza Stwórcy nad światem zroniona,
Którego wszechmoc sama podźwignąć nie zdoła,
Bo sama się dźwignąć może!... ale łza
                                 zmrożona