Strona:PL Sue - Czarny miesiąc.djvu/327

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rannością, jakby zgoła nie spostrzegając obecności pana de Ker-Elliot.
Ewin ścigał ją spojrzeniem i z boleścią spostrzegł zmianę, wprost już rysów tej nieszczęśliwej kobiety.
Gdy Augusta wyszła, pomięszanie Teresy zwiększyło się. Pana de Ker-Elliot nie widziała od dnia, w którym wezwała go, by wyznać mu swą miłość do de Montala, nie wiedziała też zupełnie, z jakiej przyczyny mógł się u niej pojawić; widząc jednak łzy w jego oczach, pojęła, de jest dla miej przychylnie usposobiony.
Teresa, opuszczona, wiecznie lękająca się o życie swego dziecięcia i nie znajdująca prawie nigdzie przychylnej twarzy, dziękowała Bogu za zesłanie jej człowieka, z którym niegdyś tak niesprawiedliwie się obeszła.
Pen-kan-ger robił wrażenie starszego o lat dziesięć. Pochylony, z oczyma zapadłemi i błyszczącemi ponurem światłem, w swym marynarskim stroju, który nosił w swych Treff-Hartlog‘a na codzień i którego widocznie nie miał czem zmienić, wyglądał wprost niesamowicie.
— Już trzy dni, jak się o wszystkiem dowiedziałem... myślałem już, że albo nie żyjesz, albo jesteś bardzo nieszczęśliwa... więc przybyłem... ale nie spodziewałem się zastać tego, co widzę... Ach, nie, nie spodziewałem się!...
I łzy popłynęły mu z oczu.
Teresa patrzyła nań z podziwem.
— Ale... proszę pana — spytała wreszcie. — Czego się pan dowiedział... jak plan mówi, przed trzema dniami? Pan de Ker-Elliot cofnął się.
— Jakto?... — wykrzyknął ze zdziwieniem. — Pani nic nie wie?
— O czem, panie.
— Montal...
— Właśnie się go spodziewam.
— Co?... Pani nań czeka?
— Pan mnie zatrważa...
— O niego...