Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/1175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ależ, nie wydaje mi się, żeby listy, pobudzające marszałka do gniewu przeciwko księdzu — d‘Aigrigny, miały być pisane przez jezuitów, baliby się o swojego członka!
— Tak też właśnie i ja myślałem...
— Dziwna i niejasna sprawa! Biedny marszałek!
— A jego córki! widzi je coraz smutniejsze, zmartwione, kiedy tymczasem dociec nie można przyczyny ich zmartwienia. — Po chwili zastanowienia, mówił dalej żołnierz — przytem jednak tobie tylko mogę powiedzieć... moje kochane dziecko; oto niedawno poszedłem do marszałka... i wyjąłem pistony z zamków u pistoletów...
— Ach!... mój ojcze... — zawołał Agrykola — czyżbyś aż obawiał się!...
— W takim stanie widziałem go wczoraj, że wszystkiego lękać się należy i trzeba być ostrożnym.
— Cóż więc się stało?
— Od niejakiego czasu miewa on tajemne rozmowy z pewnym jegomościem, wyglądającym na dawnego wojskowego. Wczoraj wieczorem przyszedł ten jegomość; zabawił przeszło do jedenastej; po jego oddaleniu się poszedłem do marszałka, chcąc się dowiedzieć, czy nie potrzebuje czego; zastałem go bardzo bladego, ale przynajmniej był spokojny, podziękował mi za troskliwość, wróciłem więc na dół do swego mieszkania; otóż, gdym był u siebie, słyszę najprzód, jak marszałek prędko przechadza się po pokoju, jakgdyby był bardzo niespokojny; wkrótce zdaje mi się, że z trzaskiem przewraca, rzuca meble. Przerażony biegnę; gdym się pokazał, pyta mnie z zagniewaną miną, czego chcę, i rozkazuje, abym się natychmiast oddalił. A ponieważ jest tak dobry, jak tylko można sobie wystawić, bierze mię za rękę i rzecze mi: „Przebacz mi, że takiego nabawiam cię niepokoju, mój dobry Dagobercie; bo w tej chwili właśnie tak niepotrzebnie uniosłem się, tak traciłem głowę, iż byłbym niezawodnie wyskoczył oknem: gdyby było otwarte“.