Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/1121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Andrzeju, poproś Hebe, aby ci dała flakonik, którego zapomniałam na kominku w mym pokoju, i przynieś mi go.
Andrzej skłonił się; Adrjanna dodała z obojętną miną wskazując na zegar:
— Czy dobrze idzie ten zegar?
Andrzej dobył swego zegarka, rzucił na niego oczyma i rzekł:
— Tak, proszę parni... zregulowałem go z zegarem na Tuilerjach.
— To dobrze!... dziękuję ci... — rzekła Adrjanna dobrotliwie.
Andrzej ukłonił się znowu, wyszedł z salonu, i wszystko się uciszyło.
Rzuciwszy bolesny wzrok na portret właśnie na ścianie przed nią zawieszony, obok kominka, rzekła pocichu żałosnym głosem:
— O! moja matko!
Ledwie panna de Cardoville wymówiła te słowa, gdy przytłumiony turkot powozu, wjeżdżającego na dziedziniec pałacu, lekko zatrząsł oknami. Młoda dziewica zadrżała, nie mogąc wstrzymać okrzyku radości; serce jej wyskoczyło przeciw Dżalmy; albowiem tym razem, iż tak powiem, uczuła, że on to przybył. I zresztą tak była pewna, jakgdyby go już widziała.
Usiadła, otarłszy oczy. Ręka drżała jej jak liść. Mocno słyszeć się dający odgłos kilkorga drzwi, które jedne po drugich otwierano przed księciem, potwierdził wkrótce pewność jej przewidywania. Otworzyły się wreszcie złociste podwoje salonu i ukazał się książę. Kiedy lokaj zamykał drzwi, Andrzej, niebawem wszedłszy za księciem Dżalmą, gdy ten zbliżył się do Adrjanny, postawił na złocistym stole przy Adrjaonie tackę, na której stał kryształowy flakonik; potem zamknięto drzwi. Książę i panna de Cardoyille pozostali sami.