Strona:PL Stefan Grabiński-Księga ognia.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jeden z pierwszych ofiarą płomieni. Pamiętał najdrobniejsze szczegóły tej dziwnej, krwawej nocy: krzyk kobiet, hałas służby, gorączkowe wyrzucanie rzeczy przez okna.
Na widok pierwszych jeżyków ognia nagle jakby przeistoczył się cały. Jakieś nieznane siły napływać zaczęły w jego dotąd chłodne, zrównoważone jestestwo, jakieś prądy gorące, zapędne zaczęły kipieć w żyłach.
Silnie podniecony wyszedł ze swego pokoju na lewem skrzydle domu i zdążał ku wyjściu. Przechodząc przez sypialnie krewnych, spostrzegł kuzynkę swoją, szesnastoletnią Madzię, która na pół ubrana porwała się z łóżka do ucieczki. Wtedy to po raz pierwszy w życiu poczuł się mężczyzną. Ta dziewczyna, dotąd mu zupełnie obojętna, na którą aż do tej chwili nie zwracał niemal uwagi, nagle wydała mu się dziwnie pożądaną. Dreszcz krwi przebiegł ciało i wywołał rumieniec wstydu.
— Boisz się Madziu? — szepnął gorąco, tuląc ją bezradną w ramiona.
— Okropnie — odpowiedziała również zmieszana dziewczyna.
— Chodźmy stąd, Władku! Tędy, przez jadalnie, chodźmy prędzej! Patrzysz na mnie tak dziwnie.
— Poczekaj! Jeszcze czas. Widzisz te płomienie tam na ganku? Nieprawdaż jakie to piękne i potężne? Cudowny żywioł!
I błądził ręką po jej odkrytej piersi.
— Władku! Teraz nie można. Kocham cię, Władku, lecz teraz nie pora. Ogień już przedostaje się przez okno salonu do środka. Uciekajmy!
I pociągnęła go za sobą.
Niechętnie dał się wyprowadzić poza obrąb płonącego domu; potem pochłonęła ich i rozdzieliła ciżba domowników i tłum ratujących.