Strona:PL Stefan Grabiński-Księga ognia.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czerwone widmo cofnęło się skwapliwie w głąb domu i wsiąkło bez śladu.
Sierżant powiódł ręką po czole i spojrzał wkoło błędnemi oczyma.
Coś się w nim nagle załamało; nie miał już sił do dalszej akcji. Wyręczyli go towarzysze.
Pożar nagle jakby przygasł, skurczył się, ustępował; sikawki wzięły nareszcie górę. Wśród deszczu rozpylonej ich paszczami wody spokojnie już spuszczono worem na dół ostatnich mieszkańców.
Szarzało na niebie, gdy umęczeni śmiertelnie, czarni od dymu i kopciu pożarnicy zeszli po drabinach na ulicę. Chwiejnym krokiem zamykał ich pochód sierżant, Piotr Szponar...
Nagle doszły go jakieś okrzyki. Z tłumu zgromadzonego pod spalonym domem padło niespodzianie okropne przezwisko:
— Czerwona Magda! Czerwona Magda!
Machinalnie rzucił się pomiędzy ludzi.
— Rozstąpić się! Rozstąpić się! To jej ojciec!
I utworzył się długi męczący szpaler aż do zwęglonej bramy wchodowej kamienicy.
Strażak przeszedł jak pijany ten szpaler, siepany biczami spojrzeń, i skręcił bezwiednie na lewo, do jakiejś małej stancyjki cudem ocalałej z pożaru. Tu w kącie na lichym barłogu ujrzał w kałuży krwi zwłoki swej córki; z okrutnie rozwalonej czaszki sączyła się czarna, na pół już zakrzepła posoka.
Magduś! Magduś moja! — zakrakał jakimś nieludzkim głosem.
I zatoczył się nieprzytomny pod ścianę.