Strona:PL Stefan Żeromski - Wiatr od morza.djvu/174

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Daję wam przecie Chojnice, Tucholę, Świecie, Nowe, Tczew, Gdańsk!
    — Nawet i Gdańsk? — spytał wielki mistrz ze śmiechem.
    — Te zamki, — tłómaczył Henryk von Plotzke, — oraz inne pomniejsze, są jeszcze na dobre w ręku Polaków. Dopiero zdobywać je przyjdzie, wydzierać z rąk Przemysława, księcia kujawskiego, i Kazimierza, jego brata. Trzeba ich tam będzie niemało, jak psów, na szubienicach wywieszać, zanim się te zamki osiędzie.
    — A więc, jakaż jest wasza cena? — pytał margraf, jakby nie dosłyszawszy uwagi.
    — Cena była już umówiona rok temu.
    — Musicie dać więcej. Tak nie sprzedam.
    Dajcie ośmnaście tysięcy.
    — Nie! Miłościwy Panie. To darmo... — rzekł Zygfryd von Peuchtwangen.
    — Dajcież piętnaście tysięcy! — rzucił z gniewem Waldemar.
    — Nie! Miłościwy Panie, to darmo... Ani jednego solida więcej.
    — Powtarzam: piętnaście tysięcy!... — wołał margraf ze wstydem i w furyi.
    — Nie, Miłościwy Panie!
    — Czternaście!
    — Nie!
    — Trzynaście!
    — Nie!
    — Dwanaście!
    Zanim wielki mistrz odpowiedzieć zdołał, stary