Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/077

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Oczy jego zaszły ciężkiemi łzami, które pewnie w tej chwili od szeregu lat po raz pierwszy przerwały tamy męczarni jego duszy. Zaszlochał, głucho załkał na piersiach syna. Młody utulił go w ramionach. Podparł go i ugłaskał drżącemi rękoma.
— Gdzie się spotkamy? — spytał szybko Cezary.
— W nocy tu przyjdę. Będę czekał na tej pryzmie kamieni, gdzie zawsze.
— Warty w nocy chodzą dookoła koszar.
— Znam ja miejsce, gdzie warty chodzą. Nie jednę tu już noc przeczekałem, myśląc, że przypadkiem wyjdziesz.
— Po północy wyjdę.
— Pójdziemy do mamy. Tędy polem pójdziemy.
— A skąd ty przychodzisz?
Seweryn Baryka zakreślił ręką półkole, ogarniające północny horyzont.
— Ale skąd? — pytał syn.
— Ze świata.
— Ale skąd?
— Z Rosyi.
— Powiedzieli mi, żeś zginął.
Po chwili Cezary zawył z radości, zawył jak pies:
— Nie zginąłeś! Nie zginąłeś! O, cóż za szczęście!
— I ty nie zginąłeś!
— A gdzieś ty był tak długo? Gdzieś był, tata?
— W legionach, — daleko, daleko — w Polsce.
— Mama czekała... — wyszeptał syn.
Seweryn, nie mogąc mówić, wykonał znowu swój gest szeroki, pół horyzontu obejmujący. Coś wyjąkał niezrozumiałego, co ledwie można było pojąć: