Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/076

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nia spoczęła na piersiach ojca. Ręce tamtego objęły chłopca w ramiona. W cuchnącej woni kloacznej, która dech zapierała, — wśród innej woni, fetoru zgniłych trupów, którą tu wiatr wirujący przynosił, przeżyli świętą chwilę znalezienia się, przytulenia, pierwszy moment spotkania obudwu na tej ziemi. Bezsłowny głos szczęścia wydzierał się z ich piersi. Drżało w nich jedno jedyne serce i jedna krew płynęła w ich żyłach. Kiedy dały się słyszeć kroki nadchodzącego człowieka, ojciec i syn odskoczyli w przeciwległe końce ustępu i, pod pozorem korzystania z odległych od siebie dołów, czynili na przechodniu wrażenie ludzi, którzy o sobie nic zgoła nie wiedzą. Skoro zaś ów trzeci odszedł do roboty, wrócili na swe miejsce.
— Dlaczego nie możemy być razem jawnie? — spytał Cezary.
— Boję się! Tatarzy znali mię tutaj. Wszyscy mię znali. Mógłby mię który przez jaką zemste wydać. Zabiliby mię. A teraz nie chcę umierać!
— Za coby cię mieli zabijać?
— Czy to wiadomo, za co teraz ludzie ludzi zabijają!
— Mama nie żyje! — wyznał Cezary.
— Wiem.
— Byłeś na jej grobie?
— Byłem.
— Skąd wiesz, gdzie leży?
— Od Gruzina, od księdza.
— Jakżeś trafił do mnie?
— Trafiłem... — rzekł z cichym uśmiechem Seweryn Baryka.