Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pana! Przypatrz się, najemniku, nieszczęściu memu i spełniaj dalej pilnie rzemiosło swoje!
Cezary Baryka zatopił oczy w oczach umarłej i usłyszał jej wołanie. Patrząc się na prześliczne jej ciało, na jej brwi, rozstrzelone uroczo, na groźne jej usta, słuchał wyznania, wyraźniejszego, niżby być mogło, gdyby się ozwała ludzkimi słowy:
— Rosłam na łonie ukochania, u matki mej, jak kwiat róży na swej łodydze. Wszystko we mnie było pięknością i zapachem. Wszystko, z czem się zetknęłam, było szczęściem. Ze szczęścia i z piękności były utkane dni moje. Wewnątrz mnie wszystko było zdrowiem i siłą. Zdrowa byłam, pełna zapachu i szczęścia dla wszystkich wokoło, jak kwiat wiosenny róży. Wszystko me zdrowie czekało na szczęście wewnętrzne, któregom jeszcze nie zaznała. Zacoście mię zamordowali, podli mężczyźni?
— Nie wiem, — jęknął woźnica. — Uczono mię imion tyranów przeszłości, którzy, jakoby, shańbili naturę ludzką czynami swemi, — po których przejściu trawa nie rosła. Byłoż kiedy pokolenie podlejsze, niż moje i twoje, męczennico? Wytraconoż kiedykolwiek siedmdziesiąt tysięcy ludu wciągu dni czterech? Widzianoż kiedy na ziemi takie, jako te, stosy pobitych?
— Nie zapomnij krzywdy mojej, woźnico młody! Przypatrz się dobrze zbrodni ludzkiej! Strzeż sie! Pamiętaj!




Szańce obronne niegdyś wojska angielskiego i pułków ormiańskich, a później wojsk tureckich mieściły się na wyniosłościach podgórza, wysunięte dalej, niż