Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


podejrzani o sprzyjanie Ormianom. Cezary Baryka ocalał dzięki legitymacyi, którą był przypadkiem otrzymał od konsula jakiegoś »Państwa Polskiego«, a do której nie przywiązywał sam żadnej wagi. Pokazał tę legitymacyę na chybił trafił, gdy żołnierze tureccy, na czele tatarskiego tłumu wtargnęli do piwnicy. I — o, dziwo! — kartka, głosząca, ze jest obywatelem jakiegoś »Lehistanu«, Polski in spe, mytu, śmiesznej idei, śmiesznej dla samego Baryki, — ocaliła mu życie. Poklepano go po ramieniu, lecz nie puszczono samopas. Musiał iść z askerami tureckimi. Chętnie poszedł. Niewesoły widok przedstawiały znane ulice. Bez żadnej przesady i bez przenośni mówiąc, krew płynęła nie rowami, lecz lała się po powierzchniach, jako rzeka wieloramienna. Ściekała do morza i zafarbowała czyste fale. Trupy wyrżniętych Ormian wrzucano w morze, podwożąc je na brzeg samochodami ciężarowemi i wozami. Ryby z dalekich okręgów kaspijskich nadpłynęły ławicą szeroką, zwiedziawszy się o nieprzebranej wyżerce. Lecz nie mogły wszystkiego pochłonąć i strawić. A morze nie chciało przyjąć i przechowywać ofiary ludzkiej. Odrzucało ją suszy skrwawionej pracą nieustanną swej czystej fali. Zaszła tedy potrzeba zakopywania trupów tej suszy dla uniknięcia zarazy, wobec szybkości rozkładu przy południowem gorącu. Cezary Baryka został zapędzony wraz z innymi przybłędami, którzy się od śmierci wykpić zdołali, do zakopywania licznych zwłok w ziemi.




Ogromna »arba«, wóz dwukołowy do przewożenia ciężarów, pozbawiony nateraz płóciennego nakry-